Drogi Widzu, podczas świadczenia usług przetwarzamy dostarczane przez Ciebie dane zgodnie z naszą Polityką RODO. Kliknij aby dowiedzieć się jakie dane przetwarzamy, jak je chronimy oraz o przysługujących Ci z tego tytułu prawach. Informujemy również, że nasza strona korzysta z plików cookies zgodnie z Polityką cookies. Podczas korzystania ze strony pliki cookies zapisywane są zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz wycofać zgodę na przetwarzanie danych oraz wyłączyć obsługę plików cookies, informacje jak to zrobić przeczytasz tutaj i tutaj. X


V Festiwal Twórców "Powiększenie"  >>

TOMASZ BAGIŃSKI

Ur. 27.01.1976 w Białymstoku. Rysownik, malarz, animator. Główne medium - komputer. Samouk, porzucił studia architektoniczne na czwartym roku dla robienia filmów. Pierwszy film studencki "Rain" wygrał w 1998 kilka lokalnych nagród i stał się przepustką do firmy Platige Image. W firmie tej Tomek Bagiński pracuje nad efektami specjalnymi i animacją na potrzeby reklamy, kina i tv.

"Katedra"

o filmie
Między 1999 i 2002 animator pracuje z przerwami nad swoim poważnym debiutem krótkometrażowym - "Katedrą". Film ten zdobywa kilka znaczących nagród: "Best Animated Short" na Siggraph 2002, Nagroda główna konkursu Animago 2002, nominacje do kilku konkursów w Europie z których najważniejsze to LEAF w Londynie (London Effects and Animation Festival), BAF (Bradford Film Festival) Mediarama w Sewilli i ArtFutura w Barcelonie. "Katedra" została również nominowna do Oscara w kategorii Animowany Film Krótkometrażowy (Short Films - Animation), ale nagrody nie zdobyła.

Tomek Bagińskima ma na swoim koncie publikacje na temat filmu w większości gazet branżowych na całym świecie. Od Stanów Zjednoczonych do Chin i Japonii.

Pielgrzym patrzy na gigantyczne czerwone słońce. Obraca się (widzimy jego stopy jak żywe) w stronę monumentalnej katedry. Tak się zaczyna nominowana do Oscara "Katedra" 27-letniego Tomasza Bagińskiego. Film to animacja komputerowa, trwa 6 minut i 40 sekund, ma 9800 klatek, Bagiński robił go przez trzy lata.

Lata 80.

Mały Tomek mieszka w Białymstoku, rodzice są matematykami. Tomek rysuje komiksy. Dopiero uczy się pisać, więc nie rysuje dymków. Pokazując komiksy kolegom, opowiada im, co się dzieje.

Rysuje komiksy do końca liceum. Kilka z nich biorą czasopisma poświęcone grom komputerowym. Najlepsza jest historyjka o "bogu", który opowiada, jak może stwarzać światy (i stwarza), niszczyć (i niszczy), ale przyznaje, że nie jest wszechmocny. I na ostatnim obrazku widać rękę, która go rysuje.

- Pomyślałem, że artysta w stworzonych przez siebie światach jest całkowicie wszechmocny - wyjaśnia Bagiński.

Tańczący kanibale

Komputer Atari obsługuje się tak: z magnetofonu puszcza się kasetę, dziwaczne piski wgrywają się do komputera. Potem można już usiąść i grać. Dziesięcioletni Tomek wyprosił to cudo techniki u swoich rodziców. Kiedy jest w ósmej klasie, w domu pojawia się komputer Amiga. - Na tamte czasy to było urządzenie o nieprawdopodobnych możliwościach graficznych - opowiada.

Na Amidze Tomek tworzy pierwszy rysunek komputerowy: "Tańczący kanibale". - Każdy chłopak fascynuje się wysadzaniem, strzelaniem. Ja byłem łagodny, więc ta fascynacja uzewnętrzniała się w rysunkach.

The Hunt

W liceum Tomek dowiaduje się o demoscenie. To działająca do dziś nieformalna grupa komputerowych artystów, którzy wymieniają się tzw. demami (własnymi animacjami z podkładem muzycznym). Co kilka miesięcy prezentują je na zlotach.

- To byli dla mnie idole - wzdycha teraz Tomek.

A w domu u Bagińskich tragedia. Rodzice sprzedają Amigę i za te pieniądze kupują peceta, który jest potrzebny ojcu do pracy. Na szczęście wydział matematyki białostockiej filii UW, na którym ojciec pracuje, kupuje niesamowity komputer, gigant prędkości, procesor 486 i 50 mHz (dziś to muzealne parametry). Nikt nie potrafi wykorzystać jego możliwości, więc Tomek ciągle wpada na politechnikę i siada przed superkomputerem. Wydaje mu się, że policzki mu się trzęsą od tej prędkości, jak pilotowi odrzutowca.

Robi animowany "The Hunt" - po polsku "Polowanie", ale żaden szanujący się twórca nie nazwie animacji komputerowej po polsku. Idzie pokazać to w sklepie komputerowym w Białymstoku.

- Czy nie potrzebowalibyście takiego demo, które by szło w sklepie na monitorze? - pyta kierownika. Kierownik potrzebuje. Tomek przez miesiąc każde popołudnie spędza nad pierwszą w życiu reklamówką: z kosmosuprzylatują twarde dyski, z orbity procesory, ciężarówka dowozi płyty główne i komputer gotowy. Za pracę dostaje 1,5 mln zł (po denominacji: 150 zł). Jest szczęśliwy, to pierwsze zarobione pieniądze.

Rain

W I klasie liceum chce być chirurgiem. W II klasie woli zostać prawnikiem. W III idzie z koleżanką na kurs rysunku. Na kursie maluje pastelami na wielkich płachtach.

- Ale rękę rozmachałeś - chwali go prowadzący zajęcia Kuba. Po kilku lekcjach przestaje brać od Tomka pieniądze, byle tylko przychodził. A Tomek zaczyna rozumieć malarstwo (wcześniej uważał je za pokolorowany rysunek).

Przypadkiem ogląda japoński film animowany "Akira". Jest przejęty - film animowany nie musi być głupią kreskówką! Postanawia iść na animację do Szkoły Filmowej w Łodzi. Jeszcze przed egzaminami na wydziale grzecznie mu wyjaśniają, że tu się uczy szlachetnej animacji klasycznej, a nie nowomodnej komputerowej. Zdaje na warszawską ASP, ale jego teczka zostaje odrzucona. Ląduje ostatecznie na architekturze na Politechnice Warszawskiej.

Na II roku idzie do Sławka Kowala prowadzącego zajęcia z wizualizacji i animacji w katedrze komputerów dla III roku i prosi, żeby mu pozwolił przychodzić.

Wtedy Tomek wymyśla "Rain" (po polsku byłoby "Deszcz"). Pod koniec pracy Kowal pozwala mu kończyć pracę na mocnych komputerach w swojej firmie architektonicznej. Po zajęciach Tomek siada do komputera w firmie, pracuje do czwartej rano, autobus, sen i na zajęcia. Śpieszy się, żeby wysłać "Rain" na konkurs grafiki trójwymiarowej organizowany przez pismo "3D". Wygrywa. (Teraz jest w tym konkursie jurorem).

Facet w chandlerowskim płaszczu, kapeluszu chodzi po mieście zalewanym strugami deszczu - tak zaczyna się "Rain". Staje przed wystawą sklepu ze sprzętem RTV. Mnóstwo telewizorów, a w każdym pada deszcz. Facet rozkłada ręce, napawa się deszczem. Kamera się oddala i widzimy mężczyznę w kasku, z wszczepionymi w kręgosłup elektrodami, który siedzi w domu w wymarłym, trawionym przez pustynię mieście.

W komputerowej animacji deszcz pada naprawdę. Twórca rysuje kilka kropel, powiela je i wrzuca do wielkiego sita zwanego emiterem. Przenosi ten emiter nad scenę i potrząsa nim rytmicznie. W sekundę leci z nieba kilkanaście tysięcy kropel.

Bo emiter to narzędzie w programie komputerowym, a komputer załatwia za nas to, co w świecie naturalnym robi fizyka - wyjaśnia Bagiński.

Kiedy "Rain" jest skończony, Tomek znajduje ogłoszenie, że firma reklamowa Platige Image szuka pracownika. Przychodzi pokazać im film. Chcą go z miejsca zatrudnić. Tomek bierze urlop dziekański, bo wydaje mu się, że jeszcze wróci na studia, i zaczyna pracę w agencji.

Samotność

Tomek się boi. Od trzech lat z zapałem produkuje reklamówki, czuje, że się uczy, dobrze zarabia. - Ale bałem się, że jeśli jeszcze kilka lat porobię reklamy, będę wyjałowiony - mówi.

Czyta masę książek, zapisuje swoje pomysły fabularne, np. "Samotność". Nie chce go opowiedzieć: - To takie kiczowate, że aż mnie boli.

Zwraca się do swojego ulubionego pisarza Jacka Dukaja, sonduje go bardzo delikatnie.

Dukaj odpisuje: "Na tym poziomie niedookreśloności nie mogę odpowiedzieć: nie". Po czym przesyła 400 stron opowiadań i pomysłów. Przez pół roku zastanawiają się, co wybrać.

W październiku 1999 roku decydują się na skończone właśnie opowiadanie "Katedra". Żeby je sfilmować, trzeba jednak wyrzucić z niego wszystko poza opisem samej katedry. Scenariusz mieści się na dwóch stronach maszynopisu.

Tomek wie, że na studia już nie wróci. - "Katedra" to będzie mój prywatny dyplom, który pozwoli mi na nazywanie siebie filmowcem.

Katedra

Trójwymiarowa animacja komputerowa (3D) bardziej przypomina film kukiełkowy (taki jak "Miś Uszatek") niż tradycyjną animację ("Bolek i Lolek"). Najpierw buduje się scenografię. W "Uszatku" - ze styropianu, tektury i gliny. W "Katedrze" wszystko robi się w komputerze z siatek powierzchniowych pokrytych różnymi strukturami. Zbudowanie jednego planu filmowego może zająć nawet dwa miesiące.

Jeżeli chcemy mieć las, rzeźbimy w programie komputerowym około dziesięciu różnych drzew (to nie rysowanie, tu komputer musi wiedzieć, jak to drzewo wygląda z każdej strony, z boku, z tyłu). Potem kopiujemy je i ustawiamy na planie. Możemy je ustawić dalej albo bliżej - i wtedy drzewo oddalone zmniejszy się. Głębia jest naturalna (choć wirtualna).

Potem budujemy postaci. Najpierw robimy im szkielet z patyczków (oczywiście w komputerze). Potem animujemy ich ruch. Powiedzmy, że bohater w klatce nr 1 stoi prosto i ma podnieść rękę. Łapiemy za staw łokciowy, barkowy i przesuwamy je odrobinę. Nową pozycję nazywamy klatką nr 10, to tzw. klatki kluczowe. W tradycyjnym filmie animator robi podobnie, a potem jego pomocnicy dorysowują klatki pośrednie (od drugiej do dziewiątej). Tu wykona to komputer.

Puryści techniki 3D uważają, że do scenografii nie można niczego dorysować. Ale przecież w zwykłym filmie aktorskim używa się czasem zastawek (np. Góry Skaliste w westernach, które są na wielkiej planszy za aktorami). Tomek również dorysowuje część tła.

Kiedy kadr jest gotowy, trzeba zrobić mu "zdjęcie". Fachowo nazywa się to rendering. Ustawia się wszystkie elementy (te wyrzeźbione i dorysowane zastawki). "Oświetla" się scenę (zaznaczając, gdzie jest źródło światła, jaką ma moc i barwę). Bo przecież tak naprawdę (również w rzeczywistości) nie widzimy obiektów, tylko odbite od nich światło. A potem naciska się enter i komputer zaczyna obliczenia. Mogą one trwać od pięciu sekund do pięciu godzin.

- To robiłem na komputerach w agencji, kiedy szefowie Platige Image zostali producentami filmu. Ale głównie pracowałem na domowym komputerze - wyjaśnia Bagiński). Dziś zwykły domowy pecet (za 3-4 tys. zł) jest siedem razy mocniejszy od tego, na którym Tomek zaczynał "Katedrę" przed czterema laty (pracował na 450 MHz).

Tomek pierwszy raz widzi "Katedrę" w całości dwa miesiące przed skończeniem filmu. Wcześniej była ona dla niego tylko scenariuszem rozrysowanym na główne ujęcia (tzw. storyboard), setkami elementów wyrzeźbionych w programie komputerowym i plątaniną siatek powierzchniowych.

Oscary

"Katedrę" Tomasz Bagiński robi właściwie sam (znajomi dorabiali muzykę, efekty specjalne itp.). W kwietniu 2002 roku film jest skończony. W październiku Bagiński zgłasza go do Oscara, w lutym 2003 roku dostaje nominację. Jego konkurenci to niemiecki "Das Red" (dwa kamienie gawędzą przez tysiące lat, a w tle powstają i wymierają cywilizacje), japoński "Mt. Head" oraz dwa amerykańskie żarty filmowe: "Mike's New Car" (realistyczny) i "ChubbChubbs" (kosmiczny).

- Jeśli miałbym przegrać, to wolałbym z filmem niemieckim. Jego ironia mi odpowiada - mówi Bagiński. Sam jest już myślami przy nowym filmie: - To będzie "coś z zupełnie innej beczki", w klimacie Monty Pythona. Robimy to z kolegami z Platige Image. Nie chcę znów sam ślęczeć nad filmem przez trzy lata.

Wojciech Staszewski (GAZETA WYBORCZA)

Copyright 2000 © Kino Charlie - Wszelkie prawa zastrzeżone - Projekt i wykonanie CharlieWebmedia