Ta strona korzysta z plików cookies zgodnie z Polityką cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. [X]


Dyskusje

Forma graficzna Forum Kina Europejskiego (37)

Archiwum dyskusji




Psychowibracje: Dzienniki motocyklowe - recenzja z nagrodami
(liczba komentarzy: 9)

Napisz recenzję z filmu "Dzienniki motocyklowe". Najciekawsze recenzje nagrodzimy kasetami VHS i DVD z filmami firmy Gutek Film. Zapraszamy!




KOMENTARZE:

mi3tus (10-04-2005, 17:54)
Film "Dzienniki Motocyklowe" to film o poznawaniu samych siebie. Widzimy tutaj dwóch młodych zbuntowanych ludzi, którzy wyruszając w podróż na motocyklu tak naprawdę w ten sposób próbują dociec do samych siebie. Czy dotrą do tego "mety" przekonamy się już niedługo.

Krzysztof Dulny (09-04-2005, 13:21)
"DZIENNIKI MOTOCYKLOWE" to modelowy przykład filmu pozornie udanego. Jego twórcy popisali się łgarskim zmysłem, dzięki czemu film wydaje się prawdziwy - choć nie jest. Mamy tu pseudo-prawdziwych bohaterów oraz ich pseudo-prawdziwe przygody, których całość zacerowana jest, niczym dziurawa skarpetka, pseudo-artystycznymi sztuczkami filmowców. Przeciętny widz daje się na te sztuczki nabrać, gdyż wie, że opowiadana historia oparta jest na faktach, nie dostrzega, że zamiast nowej, wciśnięto mu połataną skarpetkę. I na tym błyskotliwym tricku autorzy oparli cały swój projekt, nie bacząc na kwestie związane z artyzmem, czy zarysem charakteru głównych bohaterów. Drugim kłamstwem jakie nam zaserwowali, to sam wstęp - humorystyczny prolog, w którym Ernesto-narrator daje nam nadzieję na pyszne kino drogi, gdzie w tle swą magią będzie przebijała się "Prosta Historia" Lyncha. Kosiarkę zastąpi nam "spocony" motor, zaś poczciwego Alvina Straighta - opanowany i intrygujący Ernesto oraz jego przyjaciel, kipiący osobliwym wdziękiem Alberto. Ostatnie piski podniecenia naiwnego widza cichną, gdy po kilku malowniczych kadrach wpadamy w pułapkę monotonii i posągowości. Historia okazuje się prostacką opowieścią o młodzieńczych ideałach i plastikowo-nieskazitelnej postawie pt. "zasługuje na nic innego jak podziw i przyklaśnięcie". Ernesto dostaje od ukochanej pieniądze na majtki, których za nic w świecie nie chce przeznaczyć na porządny posiłek z kumplem (bo obiecał ukochanej majtki, a skoro jest przykładnym młodzieńcem...), a które później oddaje potrzebującej rodzinie górników. Podczas takich scen czujemy się jakby po spożyciu szklanki kwaśnego soku z cytryny ktoś wlał nam do gardła litr przesłodzonego kremu czekoladowego. Staramy się to wytrzymać, lecz kolejne obrazki, jak np. Fuser, który opuszcza urodzinowe przyjęcie i przepływa rzekę by spędzić swoje święto w koloni trędowatych, nakazują nam westchnąć, gdyż na nic więcej liczyć nie możemy. Filmowa propaganda każe nam widzieć w przyszłym Che dzielnego męża, pomnikowy wzór. Ukrywa jednak przed nami ten gorszy profil, uległego wobec kobiet, słabego nastolatka, którego seksualne wyczyny celowo ukryte są poza kadrem. Podobnie ukazany jest towarzysz podróży - Alberto, skąpy, kłamliwy, nie liczący się z cudzym szczęściem i zdrowiem, choć prezentuje się nam jako dowcipny amant, przez co zaczynamy go lubić! Podsumowując - dwóch dzielnych, sympatycznych i niezwykle pomocnych młodzieńców odbywa swą życiową podróż, by zmienić się na lepsze, by dojrzeć i stać się idolami staruszek przechodzących o lasce przez przejście dla pieszych. Chcieliśmy prawdziwej historii, otrzymaliśmy banał podlany dla smaku sosem sugestywnych krajobrazów. I pomimo, że film oparto na faktach - mnie on nie przekonuje.

moniau (02-04-2005, 23:19)
Uwielbiam filmy na faktach, jestem ich prawdziwą fanką, bo nie ma lepszego scenarzysty od.... życia!!! Jak widac po Dziennikach motocyklowych życie pisze świetnie scenariusze, jednak jak są one "podane" widzom też jest ważne. Dlatego musze stwierdzić, że rozczarowałam się nieco tym filmem, bo jakoś wlokło się wszystko, tak leniwie się działo... niby fajnie a jednak czuję po nim niedosyt...może po kolejnej odsłonie nasyce się bardziej...tylko nie wiem czy kiedys zdobędę się na kolejne podejście.

Michał (02-04-2005, 16:00)
Film był dla mnie oderwaniem od świata. Oglądając zapomniałem o wszystkim - oderwałem się od kłopotów problemów. Nie myślałem o niczym i czułem sie jakbym sam był uczestnikiem podróży. Nie mogę się doczekać aż film wyjdziena DVD abym mógł go obejrzeć jeszcze raz ponieważ nie mam możliwości obejżenia go ponownie w kinie.

Mika (08-03-2005, 23:20)
A mnie film wydał się odrobinę archetypowy. Wcale szczególnie porywający, z dość przewidywalną fabułą, leniwy i objawiający raczej naturalną konsekwencję dojrzewania bez angażowania się w jakieś partykularne problemy. Owszem, pojawia się tam nutka światopoglądowego dylematu z pogranicza równości, braterstwa i sprawiedliwści społecznej, ale jest jakby trochę w tle całej wędrówki...

Bo w sumie cała rzecz opiera się na prostym założeniu. Młody człowiek stojący na progu swojej dorosłości, ze względnie uporządkowaną w głowie rzeczywistością, z pewnym stabilnym obrazem siebie i świata, postanawia zrobić krok naprzód, popychany młodzieńczą fantazją (i niespełnionym marzeniem swojego ojca). Wyrusza w podróz, która staje się jego wewnętrzną rewolucją, zburzeniem fundamentów i przejrzeniem na oczy. Wędrówka przez kraje Ameryki Łacińskiej tworzy i prowokuje ciąg wydarzeń, które zmuszają Ernesto do przewartościowania wszystkiego, w co dotychczas wierzył.
Nasuwa mi to na myśl konwencję przepoczwarzania się owadów. Stara powłoka zostaje odrzucona, a wyłania się zupełnie inny ktoś.
Tak samo Ernesto dojrzewa do samego siebie, poznaje się i dookreśla, by w jednej ze scen dokonać swoistego aktu dojrzałej inicjacji przepływając rzekę oddzielającą świat żywych, od świata umarłych - pacjentów leprozorium.

Pod koniec podróży trudno już w nim doszukać się śladów tego kogoś, kim był wyruszając. Zmieniła go droga przed siebie i wgłąb siebie. Horyzonty osadziły się już znacznie szerzej i przestały pasować do wcześniejszej ciasnoty. Już nie tylko Ernesto... już bardziej "Che"...

W sumie całość nie stanowi nic nadzwyczajnego, bo każdy z nas taki etap, który wymaga przekroczenia siebie, w życiu przechodzi... kwestia tylko, dokąd uda nam się dojść... i czy nie zawrócimy wpół drogi...

Film polecam

Paweł Bujnowski (08-03-2005, 01:11)
Pierwszy raz byłem na Psychowibracjach. Podzielę się wrażeniem:Myslałem, że kino będzie w większości puste, w końcu to czwartkowy wieczór i dużo dobrych innych filmów w kinach - jednak jak się okazało,Ci co w ostatnich minutach przed seansem chcieli kupic bilet musieli pocałować klamkę, sala była nabita i tu brawo dla organizatorów. Sam film bardzo ciekawy, kino drogi i jak to na dobry przykład z gatunku przystało podróż zmienia głównych bohaterów. Akcja angażuje, wystepują momenty napięcia, ale też dla nabrania powietrza, co i rusz, przemierza się z ujęcia szerokiej perspektywy stepy Ameryki Południowej. W filmie były fragmenty, który moim zdaniem zbyt wyraźnie wdzierały się nieco rozbijając jednolity bądź co bądź wątek fabularny: chodzi mi o reportarze przeprowadzane przez bohaterów wśród lokalnej ludności, zbyt tendencyjne i przyłożone moim zdaniem jak świeża łata do starego sukna. Po tych, moim zdaniem wpadkach, dalej z powrotem szedł dobry film. A po seansie dyskusja, której nie udało się do końca wysłuchać, bo znajomi wyciągnęli za uszy na piwo,ale też nie mogę narzekać:) Pozdrawiam.

Milena (03-03-2005, 21:56)
Zapomniałam na tym filmie o swiecie! Nie mówie,ze był wspaniały ale oglądając go czułam sie jak jeden z uczestników podrózy. W sumie to nie wiem co mnie tak w.nim urzekło ale byłam na nim już dwa razy i...chyba sie jeszcze wybiore.

Michał Andrzejewski (01-03-2005, 20:12)
Viva Che!


„Dzienniki motocyklowe” zostały zainspirowane spektakularną podróżą Ernesto „Che” Guevary, którą odbył przez Amerykę Południową w 1952 roku, wraz ze swoim przyjacielem Alberto Granado. Wyreżyserowania tej historii podjął się brazylijski twórca Walter Salles, który zwrócił na siebie uwagę głośnym filmem „Dworzec nadziei” ( Złoty Niedźwiedź na Festiwalu w Berlinie oraz nominacje do Oscara ) Przenosząc nas w niezwykłe rejony Ameryki Południowej, autor ukazuje nam historię człowieka, który po wydarzeniach przedstawionych w filmie, stał się jedną z najbardziej tajemniczych i niezwykłych ikon dwudziestego wieku.

Che poznajemy jako studenta medycyny, który pragnie poddać się nieokreślonej życiowej misji. Tuż przed zakończeniem studiów, decyduje się na podróż po Ameryce Południowej, podróż pełną niepowodzeń i nieszczęść, która tak naprawdę okaże się triumfem i ostatecznym przeznaczeniem. Przemieszczając się na motorze, wraz z przyjacielem Alberto, wspólnie pokonują kolejne etapy wyprawy , odwiedzając Patagonię, pokryte śniegiem Andy, pustynie w Chile, podążają śladami Inków w Peru, aż do Amazonki. Kulminacyjnym punktem jest pobyt w ośrodku trędowatych, gdzie Che dostrzega ból i porzucenie chorych przez społeczeństwo. Ten okres w jego życiu odegra główną rolę w stawaniu się rewolucjonistą.

Olądając film, zapominamy, podobnie jak sam reżyser, że oglądamy historię Che Guvary, bo to opowieść nie o nim, a o młodym człowieku, w którym budzi się potrzeba i chęć zmian. Stając się świadkiem niesprawiedliwości, ogromnej biedy, powoli jego młodzieńczo-romantyczny idealizm, poglądy oraz on sam dojrzewa. Pozornie niewinna i beztroska podróż, ukazana z lekkością i humorem, zmienia obu bohaterów o wiele bardziej, niż mogli sobie to wyobrazić. Stają się innymi ludźmi.

Odtwórca głównej roli, Gael Garcia Bernal ukazuje Ernesto jako tajemnniczego, pełnego pasji młodego człowieka. Robi to w niezwykle przekonywujący sposób- stając się nim. Aktor wcielił się w postać Che już po raz drugi (po raz pierwszy w telewizyjnym mini-serialu „Fidel”) Dorównuje mu Rodrigo De la Serna, odtwarzający Alberta. Czyni to z żywiołowością i humorem i choć wydaje się bardziej lekkomyślny, to właśnie on w przyszłości nie posunie się tak daleko jak zrobi to jego przyjaciel.

Takie filmy jak „Obca Ziemia”, „W cieniu słońca”, czy „Dworzec nadziei” sprawiły, że Walter Salles stał się międzynarodowo najpopularniejszym i najczęściej nagradzanym brazylijskim reżyserem. W swoich dziełach umiejętnie łączy realizm z liryzmem, inspirując się filmami Rosselliniego or De Sici, i twórczością brazylijskich reżyserów lat 60-tych, na przykład Nelsona Pereira don Santosa.

„Dzienniki motocyklowe”, mimo, że opowiadają o tak radykalnej postaci, jaką był Che Guevara, są filmem pozbawionym wymiaru dydaktycznego, politycznej propagandy i „latynoskiej podniosłości”. Jest utrzymany na jednym poziomie, ale z pewnością nie jest monotonny. Oprawiony delikatną muzyką Gustavo Santaolally („Amores Perros”, „21 Gramów”) i doskonałymi zdęciami, wręcz namalowanymi przez Erica Gautiera.
Film jest wielowymiarowy i każdy dostrzeże w tym filmie coś innego. Mnie osobiście urzekła niezwykła ciekawość i chęć poznania świata, nie wykluczając żadnego z aspektów, które się na nie składają. Obraz Sallesa mówi także o tym iż, nasze życie jest pełne punktów zwrotnych, niektóre z nich potrafimy rozpoznać, innych nie. A młodość i przyjaźń, podobnie jak samo życie, powinny być celebrowane, ponieważ każde z nich, może tak szybko się skończyć.

ruddy (01-03-2005, 01:19)
filmu co prawda nie udalo mi sie zobaczyc, ale pozwole sobie na psychowibracje na temat, ktore uznac mozna za prospektywna recenzje dziennikow motocyklowych:
..opowiada o dwoch pieknych i mlodych latynosach ktorzy znudzeni monotonia poludniowego zycia postanawiaja przerobic stara taczke na motocykl i ruszyc na podboj ameryki; jeden jest zawodowym posiadaczem podrobionej kategorii A, a drugi kaskaderem-amatorem nie majacym nic do stracenia ze wzgledu na to ze nic jeszcze nie ma. bylo nie bylo, podroz wygladala tak:

dzien pierwszy- nie wiedziec czemu pierwszym przystankiem byla kolumbia i przypadkowe spotkanie z zaprzyjaznionymi czlonkami gangu medelin, wyprawa bez prowiantu bylaby co najmniej lekkomyslna.

dzien drugi- posileni w konieczna racje zywnosciowa, uzbrojeni po zeby w maczety i kieszonkowe miotacze sztucznych ogni przebili sie na pelnej przepustnicy przez najgestszy zakatek puszczy amazonskiej; przy okazji zyskali sobie nowego towarzysza wycieczki- anakonde, ktora pozniej posluzyc miala za zapasowa opone.

dzien trzeci- tu zaczely sie schody.. cysterna wzbogaconego uranu ktora caly czas przezornie wiezli za soba nadmiernie nagrzala sie od slonca powodujac kosmiczna eksplozje, 30-kilometrowe tsunami na amazonce zalalo do polowy stany zjednoczone i wprowadzilo lekki zamet w globalne obliczenia meteorologow, zas sila odrzutu obrocila ich kilkakrotnie wokol ziemi by zostawic samotnych na argentynskiej pampie. anakonda zbladla, zlapali gume.

dzien czwarty- zapasy prowiantu powoli zaczynaly sie konczyc, pomysleli ze wezma po ostatniej racji i wroca inna trasa; na pieciu tysiacach metrow w andach zrobilo im sie zimno, wtem zbuntowany kaskader nie chcial juz siedziec z tylu i odganiajac w pore homoseksualistyczne zapedy przejal stery. zjazd z aconcagui wprost do oceanu spokojnego trwal 7 sekund, na szczescie trafili na odplyw wiec przy wybrzezach japonii spokojnie zawrocili na bialy szlak kierujac sie bezblednie na kolumbie. gdyby nie stworzony do hamowania po oceanicznym dnie bieznik anakondy zatrzymaliby sie dopiero w glebokiej rosji, fortuna byla z nimi.

dzien piaty, ostatni- znudzeni przejazdzka rozbijaja w puch pare peruwianskich wiosek i tryumfalnie wkraczaja do kraju krzysztofa kolumba; tam niestety okazuje sie ze prowiantu niet! tu film zdecydowanie sie rozkreca- kaskader oglasza sie ernesto che guevara i stanowczo protestuje przeciwko wykupywaniu racji zywnosciowych przez turystow z bialego ladu; ostentacyjnie plonacy motocykl na starym rynku bogoty wydziela czerwone opary buntu i jest zapowiedzia nowej ery, a dzienniki przetrwaly z dziada pradziada spisane na wezej skorze naszego milusinskiego.

dnia szostego odpoczywali.

Copyright 2000 © Kino Charlie - Wszelkie prawa zastrzeżone - Projekt i wykonanie CharlieWebmedia